Mamy jeszcze pół dnia wolnego w El Calafate, gdyż lot do Buenos jest dopiero o godzinie 19. Jest to czas na chodzenie po okolicy i zakupy. Odkrywamy, że miasto położone jest nad jeziorami z rezerwatem przyrody. W cztery osoby postanawiamy pójść nad to jezioro. Okazuje się, że wśród mokradeł stworzona jest ścieżka ze specjalnymi punktami do obserwacji ptaków. Niestety nie da się przejść całej trasy dookoła, gdyż zaraz przed jej końcem są zalane tereny. Przechodzimy więc trasę dwukrotnie, wychodzimy nawet na chwilę na plaże nad jeziorem Lago Argentino. Cały teren, poza tą plażą jest ogrodzony – zapewne chodzi o psy chodzące samopas po mieście.








Po powrocie do centrum mamy jeszcze trochę czasu zanim będziemy musieli się stawić w hotelu przed odlotem. Idziemy wiec na szybką pizzę, która okazuje się nie taka szybka – musimy zapisać się na listę kolejkową do stolika. Czekając na zewnątrz poznajemy jednak dwójkę Amerykanów. Mężczyzna słysząc język polski mówi: „to co bijemy tych Rosjan?” Bardzo przyjemnie się z nim rozmawia. Okazuje się, że wyemigrował on z Ukrainy w latach 70-tych.
Na osobny wątek zasługują psy, zresztą nie tylko w tym patagońskim mieście. Wydawałoby się, że bezpańskie, ale podejrzewam, że każdy ma swój dom, tylko rano wyrusza załatwiać „swoje sprawy”. Psy kręcą po ulicach, targach, ogródkach restauracji by wieczorem przenieść się na lokalny festiwal – tam niektóre zachęcają przypadkowe dzieci, aby rzucały im patyki lub grają z dziećmi w piłkę. I przy tym wszystkim nie ma w nich żadnej agresji. Czasem po prostu sobie leżą na chodniku a ludzie obchodzą je dookoła.



Zbliża się godzina 16:30, wracamy więc do hotelu i odjeżdżamy na pobliskie lotnisko. Czeka nas bardzo krótka noc w stolicy przed porannym lotem do Iguazu.
