Dzień 11: Miyajima

Kolejny dzień to wycieczka na wyspę Miyajima. Mimo że mamy bilety JR Pass pozwalające na darmową przeprawę promem, decydujemy się na pasażerski prom z nabrzeża rzeki przy Parku Pokoju, do którego mamy 10 minut spacerem z hotelu. Trasa jest dłuższa, przez rzekę i zatokę, z widokiem na wiele mniejszych wysp, więc wydaje się ciekawszym doświadczeniem niż standardowy prom. Jesteśmy na miejscu o 8:20, ale biletów na 8:30 niestety już nie ma, więc kupujemy od razu na 9 i na powrót po 13.

Kierujemy się w stronę świątyni Itsukushima, która stoi częściowo nad wodą. Po drodze mijamy charakterystyczną czerwoną bramę tori, też stojącą w wodzie. Jesteśmy na miejscu podczas odpływu, więc można podejść do niej dość blisko. Na wyspie, podobnie jak w Narze, żyją wolno chodzące jelenie sika.

Następnie zwiedzamy samą świątynię Itsukushima-jinja, szkoda, że przypływ, podczas którego cała konstrukcja robi największe wrażenie, zacznie się dopiero za kilka godzin. Świątynia stoi na palach nad wodą, bo przez wieki cała wyspa była uznawana za świętą i zwykli ludzie nie mogli stawiać na niej stopy. Przez bramę tori dopływało się od strony morza prosto do świątyni.

Korzystając z tego, że jest wczesna godzina i nie ma jeszcze kolejek, idziemy spróbować ostryg do kultowej restauracji. Nie jesteśmy jeszcze głodne, ale ostrygi to lokalny przysmak regionu Hiroszimy, więc nie wypada ich nie spróbować.

Przy okazji udaje mi się kupić trzy darumy do mojej kolekcji. To okrągłe, drewniane lalki bez rąk i nóg, wzorowane na mnichu Bodhidharmie, mają ciężką podstawę, dzięki której zawsze wracają do pionu, nawet gdy się je przewróci, co symbolizuje wytrwałość. Tradycyjnie kupuje się je bez źrenic i domalowuje jedną, gdy postawi się sobie jakiś cel, a drugą, gdy się go osiągnie. Jednoczenie można mieć wyznaczony tylko jeden cel. Mam więc cztery na zapas!

Planowałam przywieźć trzy, ale znalałam dwie pośrednie, więc już były cztery, a potem mama powiedziała „bierz jeszcze większą, co się będziesz ograniczać!”

Kolejny punkt to świątynia buddyjska Daisho-in. Wchodzimy przez bramę i idziemy kawałek bocznymi schodami, gdzie stoją posągi mnichów w charakterystycznych czapeczkach. Jest 27 stopni, pochmurno i okropnie parno, więc na same główne schody nie wystarcza nam już sił.

Kierujemy się już do przystani, zaglądając po drodze do sklepików i kupując coś do picia. Mama przysiada na chwilę w okolicy bramy tori, ale po chwili podchodzi jeleń, bardzo zainteresowany jej kubkiem z lemoniadą. Musimy szybko uciekać. Po 13 odpływamy z wyspy.

Po powrocie na ląd idziemy na chwilę do hotelu się przebrać, a potem jedziemy autobusem w kierunku Muzeum Sztuki Współczesnej. Okazuje się, że park, w którym stoi muzeum, leży dość wysoko, czego się nie spodziewałyśmy.

Muzeum zaprojektował architekt Kishō Kurokawa. Dziś można oglądać tylko kolekcję stałą. Wokół budynku rozciąga się park z rzeźbami plenerowymi i punktami widokowymi, z których widać panoramę całej Hiroszimy.

Wracamy na piechotę do hotelu z zamiarem zjedzenia sushi i po drodze wchodzimy do restauracji kaiseki, czyli serwującej tradycyjną, wielodaniową japońską kuchnię z sezonowych składników, podawaną w bardzo wystawnej formie. Bierzemy tam jednak zestawy sushi, bo mama nie jest bardzo głodna. Pierwszy raz próbujemy sake.

I wtedy okazuje się, że jest globalna awaria Revoluta, więc mamy obawy, czy będziemy miały jak zapłacić. Mam ze sobą jedną zapasową kartę, więc może się uda. Nie pomaga też to, że obsługa nie mówi po angielsku. Nawet pokazanie przetłumaczonej na japoński wiadomości, że być może będziemy potrzebowały kilku prób płatności kartą, wydaje się dla nich niezrozumiałym komunikatem. Na szczęście fizyczna karta jednak działa.

Wracamy do hotelu. Pogoda jest jak w tropikach siódma wieczorem i 27 stopni.