Pociąg do Osaki mamy po 11. Można powiedzieć, że już trochę oswoiłyśmy się z dworcami i szukanie odpowiedniego peronu oraz miejsca, w którym stanie nasz wagon, nie jest już dla nas tak straszne.
Na japońskich dworcach można kupić bento, czyli pudełka z gotowym posiłkiem, które Japończycy kupują właśnie na podróż pociągiem. Do tej pory nie kupowałyśmy żadnego, ale w Osace znajdujemy sklep, gdzie pudełka przypadają nam do gustu, tym bardziej że mama, jak widzi kawior, zawsze robi się głodna. Wygląda na to, że przygotowują je na miejscu.




W Osace upał, 30 stopni, a pod wieczór zapowiadają deszcz. Samego czasu na zwiedzanie też nie zostaje nam wiele, bo po 17 zachodzi słońce. Wybieramy się więc do dzielnicy Dotonbori, którą mamy tuż za rogiem.
Najbardziej zapada nam w pamięci kanonada dźwięków. Wszystko gra, świeci i miga, lokale znajdują się na ulicy, w piwnicach, pewnie i na piętrach, czasem nawet nie wiemy, co właśnie mijamy.






Trochę spacerujemy, choć finalnie jest to dla nas trochę za dużo, a na dodatek dopada nas chwilowy deszcz. Przed 18 postanawiamy wrócić do hotelu. Czeka tam na nas niespodzianka, bo mamy wstęp do lounge, więc kończymy dzień przy przekąskach i lampce wina, z widokiem na miasto.

W każdym hotelu czekają na nas piżamy w dość dziwnych kształtach i bardzo długie, ani dla kobiety, ani dla mężczyzny, a już na pewno za małe na przeciętnego turystę. Początkowo wydawał mi się to zabawny zwyczaj, ale dwie noce temu postanowiłam w końcu skorzystać i okazuje się, że bardzo dobrze się w nich śpi, pewnie za sprawą samego materiału.


Druga ciekawostka to latarki w uchwytach przy łóżkach, które zapalają się automatycznie w momencie wyjęcia z uchwytu. To japoński standard na wypadek awarii prądu, czyli pewnie trzęsienia ziemi. Latarka jest zawsze w pełni naładowana i gotowa do użycia, bez szukania włącznika w ciemności.
