Wychodzimy z hotelu przed 9, mamy już kupiony bilet do zamku. Obawiam się tylko podróży komunikacją miejską, bo wymaga 25 minut marszu, a mamę coś boli w okolicy kostki, więc namawiam ją na wzięcie taksówki. Dzięki temu jesteśmy w zamku dość wcześnie. Zamek wybudował w 1583 roku Toyotomi Hideyoshi, jeden z trzech wielkich zjednoczycieli Japonii, ale spłonął już w 1615 roku podczas oblężenia, a odbudowana wersja uderzona piorunem spłonęła ponownie sto lat później. Obecna budowla to rekonstrukcja z 1931 roku, kryjąca w sobie muzeum. Wjeżdżamy windą na piąte piętro i udajemy się wyżej, na taras widokowy na ósmym, skąd widać panoramę miasta. Stamtąd zwiedzamy już wystawę, schodząc stopniowo w dół budynku.





Kolejne co robimy to wstępujemy na kawę, a potem idziemy prosto do Nishinomaru Garden, czyli ogrodu rozciągającego się w obrębie fos zamku. To rozległy trawnik z drzewami wiśni, z którego widać wieżę zamku, słynący z kwitnących sakur, oczywiście wiosną.






Po dłuższym spacerze postanawiamy wrócić w okolice naszego hotelu na ramen, gdyż po 17:30 czeka nas tu krótki rejs po kanale. Na miejscu okazuje się, że aby usiąść trzeba czekać około 25 minut. Wydaje się że idzie to jednak szybciej. Zanim stajemy w kolejce wybieramy i opłacamy ramen w automacie. Potem dostajemy kartki, gdzie musimy zaznaczyć nasze preferencje co do ostrości i poszczególnych składników. W końcu są dla nas miejsca. Każda z nas zasiada przy osobnym, osłoniętym stanowisku. Obsługa porusza się na zapleczu tych stanowisk i dostarcza jedzenie przez otwór zwykle zasłonięty roleta.




Chwila przerwy w hotelu i ruszamy nad kanał. O 17:40 wsiadamy na statek, z którego będziemy oglądamy neony dzielnicy Dotonbori. Rejs nie trwa długo i jest lekko szalony, ale trochę o to chodzi w tej głośnej dzielnicy.






Jutro wracamy do Tokio na ostatnią noc przed lotem do Polski. Nie planujemy już nic zwiedzać, ale może uda się pójść do restauracji z shabu shabu.