Dzień 9: Uji i Nara

O 9 spotykamy się ponownie z Anią, naszą przewodniczką, w hotelu. Idziemy na stację Kioto i jedziemy najpierw do Uji.

Uji jest uznawane za kolebkę japońskiej herbaty, uprawia się ją tu od XIII wieku. Po drodze trafiamy na małą manufakturę, gdzie pan praży liście herbaty, prawdopodobnie robiąc hojicha, czyli odmianę o charakterystycznym, lekko orzechowym zapachu, jaki daje prażenie. Widzimy też maszyny do mielenia matchy, tradycyjnie robi się to na kamiennych żarnach (ishiusu), bardzo powoli, żeby nie przegrzać liści i nie zepsuć koloru ani smaku.

Próbujemy też herbaty sencha i pierwszy raz naprawdę smakuje nam parzona zielona herbata.

W Uji wszystko zwiedzamy pieszo, w tym Byodo-in. Świątynia powstała jako willa w 998 roku, a syn pierwszego właściciela przekształcił ją w świątynię buddyjską. Kompleks płonął wielokrotnie od tego czasu i był wielokrotnie odbudowywany.

Idziemy dalej wzdłuż rzeki Uji i przechodzimy na drugi brzeg. Zatrzymujemy się przy hodowlanych kormoranach, wykorzystywanych tu od prawie tysiąca lat do tradycyjnego połowu ryb, zwanego ukai. Opiekunowie (w Uji część z nich to kobiety, co jest rzadkością) trzymają po kilka ptaków każdy, trenują je od złapania w naturze aż są gotowe do pracy, i dbają o nie codziennie przez cały rok. Podczas połowu kormoran ma obrożę, która nie pozwala mu połknąć większej ryby, opiekun później wyciąga ją z dzioba.

Po drugiej stronie rzeki odwiedzamy Ujigami-jinja, świątynię sintoistyczną. To podobno najstarszy zachowany budynek świątynny w całej Japonii, główna hala (honden) pochodzi z okresu Heian, a całość wpisana jest na listę UNESCO. W przeciwieństwie do późniejszych, bardziej zdobnych świątyń, architektura jest tu bardzo prosta, surowe, niemalowane drewno. Zapamiętałam budyneczek do obmywania rąk (temizuya), stylem wyraźnie starszy niż te, które widziałyśmy wcześniej.

Po Uji jedziemy dalej do Nary. Park z jeleniami to jedna z wizytówek miasta, biega tam około 3000 wolno żyjących jeleni sika, uznawanych tradycyjnie za posłańców bogów i chronionych jako pomnik przyrody.

Po jakimś czasie kupujemy specjalne sucharki dla jelonków. Szybko się uczymy, że nie należy ich rozdawać gdy jelenie są w grupie, trzeba trochę odejść, inaczej jelenie strasznie oblegają i szczypią za ubrania, chcąc więcej. Okazuje się, że one ewidentnie się kłaniają na widok kłaniającego się człowieka, w szczególności te starsze są tego nauczone. Spotykamy nawet jednego, który stoi i się po prostu kłania, aby dostać sucharki.

Potem idziemy zwiedzać Tōdai-ji, buddyjską świątynię z ogromnym posągiem Buddy w głównej hali, Daibutsuden. To pierwsza świątynia, w której możemy robić zdjęcia wewnątrz, bo w większości miejsc jest to zabronione.

W świątyni stoi drewniana kolumna z otworem u podstawy, dokładnie wielkości nozdrza Wielkiego Buddy. Mówi się, że kto przez niego przejdzie, zapewni sobie szczęście w następnym życiu. Chcących spróbować jest tyle, że trzeba stać w kolejce, ale wiele osób rezygnuje. Akurat przede mną mężczyzna utyka w otworze i żona musi go wyciągać za jedną wystającą rękę. Wokół stoi też tłumek osób, które nawet nie próbują, bo większość z nich i tak by się nie przecisnęła, ale dobrze się bawią, obserwując innych. Przechodzę w końcu na tyle sprawnie, że słyszę jakby lekkie westchnienie zawodu.

Po świątyni rozdajemy ostatnie sucharki i idziemy na lunch. Mając ze soba Anię ponownie chcemy zjeść coś czego nie znamy i znowu jemy w restauracji do której same byśmy nie weszły. Podobno jest to typowe domowe jedzenie – ryż z rybą w rondelku przykrytym drewnem, zupa miso i różne dodatki.

Po lunchu wracamy do Kioto. Jutro przejazd do Hiroshimy.