Wcześnie rano wyruszamy autobusem rejsowym do Punta Arenas w Chile. Czeka nas około jedenaście godzin drogi przez pustkowia Ziemi Ognistej.
Po drodze wypatrujemy guanaco, ale udaje się też wypatrzeć dziko żyjące konie, flamingi, szarego lisa oraz miejscowy gatunek strusia – nadu.



Niestety nie mam zdjęć większości, gdyż przez całą drogę, poza przejściem granicznym i przeprawą przez cieśninę Magellana się nie zatrzymujemy. Na przejściu granicznym w dużej odległości widzimy flamingi oraz ponownie dziko żyjące konie.
Na granicy chilijskiej prześwietlają nasze bagaże podręczne, a psy tropiące sprawdzają wnętrze autokaru i luki bagażowe.

Po kolejnych dwóch godzinach zbliżamy się do przeprawy przez cieśninę Magellana. Na promie jest przerwa na kawę, jednak po 20 minutach dobijamy już do brzegu i musimy wracać do autokaru.

Około 18 przyjeżdżamy do Puerto Arenas. Wymieniamy pieniądze, meldujemy się w hotelu i udajemy się do lokalnej restauracji. Ponownie zamawiam kraba królewskiego, ale tym razem w formie przystawki.


Jedna z rzeczy jakie zwróciły moją uwagę to ceny benzyny – w Argentynie w Ushuaia litr benzyny kosztuje pół dolara. W Chile płaci się około 1,5 dolara.
W środę o świcie udajemy się do biura realizującego wycieczki na wyspę Magdalena. Wypływamy w dwie łódki i po niespełna godzinnym rejsie podpływamy do pierwszej z wysp, która jest zamieszkana przez setki lwów morskich.

Po kolejnych 15 minutach do pływamy do wyspy Magdalena, którą na ten moment zamieszkuje kilkadziesiąt tysięcy par pingwinów magellańskich. Przypływają tu we wrześniu z Urugwaju i południowej Brazylii, gdzie jest za gorąco na składanie i wysiadywanie jaj. Młode rodzą się grudniu i jak nauczą się samodzielnie zdobywać pożywienie odłączają się od rodziców by wrócić na północ. Dorosłe pingwiny wypływają później, muszą wcześniej zmienić upierzenie.


















Po powrocie do miasta ruszamy do Puerto Natales z jednym przystankiem na zwiedzanie cmentarza w Puerto Arenas.





Przed samym Puerto Natales mijamy stado owiec prowadzone przez gauchów. Udaje się zrobić trochę zdjęć z autobusu.



W Puerto Natales grupa się rozdziela między różne knajpy. Z koleżanką idziemy do dobrze ocenianej restauracji podającej także kraby za zawrotna cenę 145 tys. chilijskich pesos (180 dolarów). Na szczęście są też trochę bardziej przyziemne dania – bierzemy rybę na paście z czarnej fasoli.


